Ekspedycja IV Kongo, cz. 1: Tanger–Casablanca

W lipcu 2013 roku polska Ekspedycja IV Kongo przejechała terenowym samochodem przez Maroko w drodze z Zakopanego do Afryki Zachodniej. Wyprawa ruszyła 1 lipca i trwała 32 dni. Pierwsza część dziennika obejmuje pięć dni: od promu do Tangeru przez Asilah, Rabat, Meknes, Volubilis i Sefrou po Casablancę.
04.07.2013 – Tanger i Asilah
No i jesteśmy - Afryka, ciepło i bardzo wietrznie, cudownie! Jeszcze odprawa celna, bardzo wnikliwa, podczas której padły nawet pytania o broń i narkotyki. Do Tangeru wjechaliśmy tylko na chwilę, rozmienić walutę i zrobić sprawunki.
Na noc udajemy się do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Asilah. Na campingu zabrakło wolnych miejsc, a na rozbicie dodatkowych namiotów, czy też spanie w aucie nie dostajemy zgody. W poszukiwaniu noclegu przez nieuwagę wjechaliśmy w ulicę jednokierunkową, na końcu której na nasze nieszczęście stał policjant. Obeszło się na pouczeniu, a cała rozmowa była tłumaczona przez pana wyglądającego na ubogiego, parającego się uliczną sprzedażą sznurków na rękę. Pan z policji nie znał ani słowa po angielsku – coś na nas jeszcze na koniec nakrzyczał i pojechaliśmy dalej.
Na skrzyżowaniu wyskoczył nam na jezdnię chłopak machający kluczami w uniesionej wysoko ręce. Zorientowaliśmy się, że pewnie ma do wynajmu mieszkanie. I tym oto sposobem pierwszą noc w Afryce spędziliśmy w olbrzymim mieszkaniu, urządzonym w iście marokańskim klimacie. Wieczorem mieliśmy okazję wybrać się na spacer po medynie i podziwiać zachód słońca nad oceanem.
Asilah to niewielkie miasteczko, urzeka nas jednak jego biała zabudowa, która jest fantastycznym tłem dla kolorowych straganów. Nad ranem około 5:00 budzi nas męski głos dobiegający z głośników, które wydają się docierać tuż zza okiennic naszego mieszkania. To wezwanie do pierwszej modlitwy dobiegające z pobliskiego minaretu. Niesamowite !
Jeszcze kilka godzin snu i w drogę, kierunek Rabat, musimy złożyć papiery o wizę mauretańską.

05.07.2013 – kierunek: Rabat
Wybierającym się w tym samym kierunku nie radzimy wierzyć informacjom zamieszczonym na stronach ambasad, które podają, że urząd ten czynny jest w piątki od 9:00 – 11:00. Nam wizę udało się uzyskać po godzinie 15:00, przy nieocenionej pomocy pana parkingowego. Pomoc ta kosztowała nas 3 T-shirty oraz 40 dirhamów. Urzędnik, który nas obsługiwał miał bardzo zmienne nastroje. Najpierw rzucał w naszym kierunku formularzami, o które prosiliśmy, a po kilku minutach już zachęcał do żartów.
Zadowoleni z pozyskanych dokumentów, ruszyliśmy na poszukiwania kempingu, co okazało się nie być takie łatwe. Tutejsze kempingi wręcz ukrywają się przed turystami udając opuszczone. Aczkolwiek muszą być dochodowe, biorąc pod uwagę fakt, jakim samochodem jeździł właściciel naszego poletka ;). Dobrze, że Staszek, nasze „sokole oko” wypatrzył napis na starej bramie zarośniętej chaszczami.
06.07.2013 – w stolicy Maroka
Edi, dorwawszy przewodnik Pascala, w ciągu kilku godzin przegonił nas po wszystkich najważniejszych miejscach stolicy Maroka. Zabytki są rozproszone po całym mieście, więc deptania było sporo. Największe wrażenie zrobiły na nas nekropolia Szella, gdzie gniazda wiją bociany i czaple.
Odwiedziliśmy tętniącą kupieckim życiem medynę, z której ciężko było nam się wydostać przez tłum pomiędzy kramami oferującymi w zasadzie wszystko. Obowiązkowym punktem było również Mauzoleum Muhammada V, które jest współczesną budowlą, oraz stojąca obok Wieża Hassana, uważana za symbol stolicy.
Kolejna pozycja programu to urzekająca wąskimi, zacienionymi uliczkami i starymi kamieniczkami pomalowanymi na biało-niebiesko Kazba Udajów, otoczona potężnym obwarowaniem. Labiryntem uliczek można dotrzeć na taras z widokiem na ocean. Znajduje się tutaj również pijalnia marokańskiej miętowej herbaty. Ukojenie po całym dniu półbiegu w słońcu przyniósł nam Ogród Andaluzyjski - oaza zieleni i spokoju w centrum miasta. Złapaliśmy oddech i ruszyliśmy na obiad.

Po szybkim posiłku ruszyliśmy w kierunku Meknes. Im głębiej w ląd, tym bardziej temperatura powietrza wzrastała. Zwalniając miejscami i bez koniecznych postojów udało nam się dojechać do celu. Stara część miasta była maksymalnie zakorkowana i standardowo bez żadnych reguł w ruchu ulicznym. Adresy kempingów, które mieliśmy zapisane, okazały się nieaktualne. Ciężko tutaj uświadczyć napisy w języku francuskim, tylko arabskie, co komplikowało poszukiwania jeszcze bardziej. Wydostaliśmy się ze starej części miasta. Po sprawdzeniu cen hoteli w nowych dzielnicach doszliśmy do wniosku, że śpimy „na dziko”.
Wyjechaliśmy za miasto. Po kilkunastu kilometrach dojechaliśmy do ścierniska graniczącego z gajem oliwnym. To był nasz kemping. Miejsce niezwykle malownicze, otwierają się przed nami dzikie tereny Afryki! Widoki dookoła wynagradzają lekki dyskomfort. Po ekspresowym zwiedzaniu Rabatu padliśmy bardzo szybko, nie zwracając większej uwagi na odgłosy nas otaczające. A wokoło coś się kręciło, pomrukiwało, szeleściło…
07.07.2013 – Meknes, Volubilis, Sefrou
Już o poranku usłyszeliśmy odgłosy prac polnych i beczenie owiec, które po chwili minęły nas, nie zwracając większej uwagi na naszą obecność. Kierunek Volubilis – ruiny rzymskiego miasta.
Dziurą w płocie dostaliśmy się na teren wykopalisk – i to nie ze skąpstwa, tylko tak nam było po drodze (od redakcji: na teren Volubilis wchodzi się przez kasę biletową i tak właśnie należy zrobić). Zostaliśmy przyłapani przez przewodnika, jednak po kilku wspólnych zdjęciach i miłych gestach zostaliśmy puszczeni bez konieczności wnoszenia opłaty.
Miasto jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Widoczne są tutaj pozostałości murów obronnych, forum, kapitolu, term, łuk triumfalny i domy mieszkalne. W wielu pomieszczeniach widoczne są starożytne rzymskie mozaiki.
Z Volubilis przejechaliśmy malowniczymi drogami Atlasu Średniego, gdzie tereny górskie zrobiły na nas olbrzymie wrażenie. Zatrzymując się przy niewielkiej osadzie, zaczęły do nas nawoływać dzieci siedzące przed jednym z domów. Wzięliśmy trochę cukierków i kilka koszulek dziecięcych Reporter Young i poszliśmy się przywitać. Mama dzieciaczków zaraz nas zaprosiła „ na pokoje”, chciała raczyć posiłkiem. W pomieszczeniach zlokalizowanych w piwnicy było chłodno, więc, chwilkę zostaliśmy, pstryknęliśmy kilka zdjęć i pożegnaliśmy się.
Dostaliśmy się do Sefrou. Pierwsze kroki skierowaliśmy do medyny i już przy bramie wejściowej zajął się nami przemiły pan, zapytał czego szukamy i zaoferował swoją pomoc. Czytaliśmy w przewodniku Pascala, że takie osoby można napotkać we wszystkich miejscach, w których pojawiają się turyści. Korzystamy z jego usług, ustalając opłatę na 20 dirhamów. Nasz przewodnik prowadzi nas labiryntem uliczek do małego baru. Sami byśmy tutaj pewnie nie trafili. Zjadamy posiłek w prawdziwie marokańskim stylu. Zaserwowano nam zupę z fasoli, bardzo pikantną oraz szaszłyk z baraniny.
Niedaleko Sefrou znajduje się malownicza wioska Al-Bahatil, gdzie niektórzy mieszkańcy do dziś żyją w jaskiniach. Tutejszy przewodnik nagle wybiega do nas z budynku i pakuje się na przednie siedzenie, spychając mnie na podłokietnik, nie pytając, czy w ogóle jesteśmy zainteresowani jego pomocą. Pan okazał się przesympatyczny, więc oczywiście jesteśmy zainteresowani.

Zostajemy oprowadzeni po mieście oraz odwiedzamy jedną z zamieszkanych jaskiń gdzie zostajemy uraczeni bardzo słodką zieloną herbatą z miętą. Pycha! Idealnie się sprawdza ten napój w tutejszych temperaturach.
Popołudniowe słońce, które sprawia, że góry i miasteczko znajdujące się na zboczu jednej z nich wyglądają jeszcze bardziej malowniczo. Jest nam przykro opuszczać ten region. Ósmy dzień naszej wyprawy spędzimy w Casablance.
08.07.2013 – Casablanca
Rano udaliśmy się do Konsulatu Senegalu celem uzyskania wizy. Recepcjonistka połączyła nas telefonicznie z pracownikiem, który łamaną angielszczyzną poinformował nas, że musimy zalogować się na ich stronie, a dokumenty odebrać w Dakarze na lotnisku lub w Ambasadzie w mieście Nawakszut [Mauretania]. Niby nic trudnego, a jednak. Aby przejść proces rejestracji konieczny jest kod, który po wprowadzeniu podstawowych danych przesyłany jest mailowo. Czekaliśmy bezskutecznie. Kolejne próby pozyskania kodu też nie dały oczekiwanego efektu.
Po kilku telefonach do różnych instytucji otrzymaliśmy informację, że możemy jechać do Ambasady w Mauretanii i tam zostanie wiza nam wydana.
Nie mieliśmy już czasu na zwiedzanie Casablanki, ograniczyliśmy się do gargantuicznego Meczetu Hassana II. Przed nami magiczny Marrakesz!
Pełną relację z wyprawy uczestnicy publikowali na Facebooku: www.facebook.com/e4kongo. Dalszy ciąg dziennika: Ekspedycja IV Kongo, cz. 2: Marrakesz–Sidi Ifni.
Pierwotną wersję relacji ilustrowały zdjęcia uczestników wyprawy, Danuty Sikorskiej i Wojtka Stopki-Brzyskowego. Obecne fotografie pochodzą z wolnych licencji; autorów podajemy w podpisach.



